Chyba niemal każdy hodowca domowego kota staje ostatecznie wobec sytuacji, w której jego pupil nie ma żadnej ochoty na podawaną mu karmę. Wtedy zaczynamy biegać do sklepów zoologicznych w promieniu wielu kilometrów od naszego mieszkania, próbując znaleźć coś, co pozwoli zwierzęciu opuścić stan zamorzenia.

Odwiedzamy również sklepy mięsne, i powoli uczymy się oceniać – jednym rzutem oka – bezwzględnie świeże kawałki kur, indyków, wołów i prosiąt. Lecz na nic zdaje się nasza biegłość w tej materii – kat jak nie miał apatytu, tak go nie ma nadal. A jedyne, czym zajmuje się ona – ku naszej narastającej zgryzocie – to monotonne dreptanie wokół napełnionych różnymi produktami misek – i żałosny wrzask (zapewne umierającego z głodu kota), – co jakiś czas.
Na co, oczywiście, dajemy się złapać – i w rozpaczy próbujemy podać kotu wzmacniające odżywki, kupione po konsultacjach z wieloma weterynarzami. Zwierzęcia, rzecz jasna, podobne suplementy diety również nie interesują – my zaś jesteśmy coraz bardziej zdezorientowani, zrozpaczeni – i ubożsi, bo kocie frykasy nie należą do produktów tanich.
Lecz ostatecznie nasza rozpacz narasta wraz z kocim krzykiem – i gdy już zupełnie nie wiemy co robić, kot – chyba widzą, że cała akcja dostatecznie zainteresowała świat jego osobą – łaskawie zaczyna skubać chrupki z jednej z misek.
Bo kot niemal cały czas prowadzi z nami swoista wojnę psychologiczną, I ciężko jest poznać, gdy zdecyduje się – chyba dla sportu – wziąć nas od strony kulinarnej. Wtedy pozostaje nabyć sobie walerianę, (bo raczej nie kotu), nasypać, co jest w domu do miski – i czekać, aż kot zmięknie.
Bo któraś musi tu skapitulować, a szanse są równe – wbrew temu bowiem, co nam się wydaje – to nie my posiadamy kota, ale kot łaskawie ma nas.
M Ś