Anną Garwolińską to milionerka, specjalistka w dziedzinie korporacyjnego PR i komunikacji międzynarodowej oraz współzałożycielka firmy Glaubicz Garwolińska Consultants. Jest też jurorką programu Dragon’s Den. O dobroczynności i bogactwie rozmawia z Pauliną Pacułą, redaktor portalu Platine.pl.
Paulina Pacuła: Nie lubi Pani dobroczynności. A przecież zakładanie fundacji, przekazywanie pieniędzy potrzebującym to ważny element kreowania pozytywnego wizerunku przedsiębiorców.
Anna Garwolińska: Nie lubię dobroczynności, która polega na dawaniu jałmużny. Nie chodzi o to, żeby dać komuś rybę, tylko żeby dać mu wędkę. I nie chodzi także o to, by dobroczynnością kreować sobie dobry wizerunek. Dobry PR to nie cel sam w sobie.
Przecież bogaci powinni się dzielić z biednymi. Tak trzeba. Tak mówią biskupi, ksiądz z ambony.
I co z tego? Dawanie jałmużny ma szereg negatywnych konsekwencji, przede wszystkim dla jednej strony jest upokarzające, a w drugiej powoduje fałszywe poczucie wyższości: jestem taki dobry i wspaniały, bo rzuciłem na ulicy biedakowi 30 zł. A to tak nie działa.
A jak? Milionerzy nie muszą się dzielić swoimi pieniędzmi?
Nie muszą, choć mogą. Poza tym w pewien sposób dzielą się po prostu pracując. Kiedy spotkałam się z Rabbim Lau, ten powiedział do mnie: Ty jesteś błogosławiona, tobie Bóg błogosławi. – Dlaczego? – zapytałam mocno zdziwiona. – Dlatego że pomagasz Bogu – odpowiedział. – No wiesz – mówi Rabbi, – jak Bóg stworzył człowieka to zobowiązał się do tego, że będzie go karmił. Skoro ty dajesz ludziom pracę, to dajesz ludziom chleb, czyli pomagasz Bogu. Dlatego Bóg musi Ci błogosławić.
To jest podejście, które jest mi bardzo bliskie, bo jestem dość mocno związana z Izraelem, pracowałam tam przez wiele lat. Z kolei podejście protestanckie jest takie, że jeśli ci nie wychodzi, jeśli jesteś nieudacznikiem, to znaczy że Bóg ci z jakiś powodów nie błogosławi. Może za dużo grzeszysz? Powodzenie życiowe jest tam interpretowane jako wyraz prawości, z tego wyrasta cała etyka protestancka, podejście do pracy i pieniędzy. Tylko w katolicyzmie, to jest zupełnie odwrócone. Może warto na to spojrzeć w inny sposób.
Mamy nie karmić głodnych, bo ich niedola wynika z tego, że grzeszą?
Nie, nie o to chodzi, trzeba wyciągać rękę do potrzebujących. Ale takie zwykłe charity, dobroczynność rozumiana jako rozdawnictwo, nie wyzwala w ludziach zaradności życiowej. Tak wygląda dziś Afryka, gdzie funkcjonuje zasada daj, bo jesteś biały. Co innego jest w Azji. Przez trzy lata pracowałam w Japonii. Tam dużo bardziej cenione jest pożyczenie komuś pieniędzy lub zainwestowanie, niż danie jałmużny. Bo to jest danie prawdziwej szansy na poprawę losu.
Tak Pani traktuje swój udział w programie Dragon’s Den?
Nie, absolutnie. To nie jest tak, że tu spotykają się milionerzy i biedni, którzy żebrzą o pieniądze. To, co widzimy w tym programie, to bardzo naturalna sytuacja w biznesie. Przychodzą do nas ludzie z pomysłem, którzy szukają inwestora. Także i my, czy ja, czy Marian Owerko z Bakalandu, czy Grzegorz Hajdarowicz byliśmy w takich sytuacjach nie raz na przykład stając do jakiegoś przetargu.
Ci ludzie muszą nas przekonać do siebie, do swojego pomysłu, muszą wzbudzić w nas zaufanie, zainteresować sobą. Jeśli uznamy, że biznes ma szanse na powodzenie, wchodzimy w niego. Ale to nie jest charity. My też czerpiemy z tego korzyści w postaci udziałów w firmie lub w zyskach z przedsięwzięcia.
Czyli nie ma sentymentów. Czasem trzeba być brutalnym? Ludzie mają tendencję do bezkrytycznego zakochiwania się w swoich własnych pomysłach.
Formuła programu jest taka, że my mamy zainwestować w to swoje własne pieniądze. Własne, nie producenta, czy stacji, w której ten program jest emitowany. Czasem trzeba być brutalnym i powiedzieć nie, proszę pana, to co pan wymyślił to jest po prostu bzdura. Może czasem się mylimy, biznes to ryzyko, ale też dzięki temu w programie widać, w jaki sposób biznes myśli, gdzie szukamy szansy, gdzie ją dostrzegamy. Czasem nie kupuje się pomysłu lecz człowieka, bo jest interesujący, przekonujący i warto go zabrać do firmy.